Coraz częściej słyszę o tym, że AI może zastąpić coaching (albo przynajmniej jego znaczną część) – oferując skalowalne, inteligentne, zawsze dostępne narzędzia wspierające rozwój osobisty, efektywność i odpowiedzialność.
Ale ja od jakiegoś czasu noszę w sobie inne pytanie:
Którą część nas AI tak naprawdę wspiera?
AI jest z natury zoptymalizowana pod kątem wydajności, szybkości, personalizacji i produktywności.
Pomaga nam śledzić cele, dopracowywać przekaz, podejmować trafniejsze decyzje i „być lepszymi” – szybciej.
Paradoksalnie, to właśnie domena ego – tej części nas, która definiuje naszą wartość przez działanie, osiąganie i to, jak jesteśmy postrzegani.
Tej, która mówi:
„Jestem tym, co osiągam. Jestem tym, co myślą o mnie inni. Nie jestem wystarczający, dopóki nie stanę się kimś więcej.”
Kiedy ludzie sięgają po AI w poszukiwaniu odpowiedzi, struktury czy nawet samoświadomości, często – nieświadomie – wzmacniają właśnie tę tożsamość.
Zamiast ją rozluźniać, pogłębiają iluzję.
Szybciej.
Bardziej przekonująco.
Z lepszym interfejsem.
Więc tak, moim zdaniem – AI może uczynić tę część nas jeszcze bardziej wyrafinowaną, sprawną… i trudniejszą do zauważenia.
Żeby było jasne – nie twierdzę, że ta część nas jest zła lub niepożyteczna.
Pomaga nam funkcjonować w społeczeństwie.
Przewodzić zespołom.
Podejmować decyzje.
Osiągać cele.
Ale w gruncie rzeczy to tylko konstrukt – tożsamość zbudowana głównie w reakcji na lęk, potrzebę aprobaty, przetrwanie i normy społeczne.
I im bardziej wierzymy, że to jesteśmy my, tym bardziej tracimy kontakt z czymś głębszym. Prawdziwy coaching nie naprawia.
Nie optymalizuje.
Nie karmi ego w jego potrzebie „bycia lepszym”.
Pomaga przez nie przejrzeć.
Tworzy przestrzeń.
Zaprasza do obecności.
Spowalnia.
Prowadzi klienta z powrotem do tej części siebie, która potrafi objąć i działanie, i ciszę.
AI wspiera nas w działaniu.
AI zmieni coaching.
Ale nie zastąpi przestrzeni, w której człowiek spotyka swoją głębszą prawdę.
To wciąż wymaga człowieka.
Ciszy.
Obecności.
Połączenia.
Serca.
