Jedną z najbardziej intrygujących sytuacji w mojej wędrówce przez Hiszpanię opisałem szczegółowo na blogu w tym poście: https://piotrmacieja.com/niezauwazane-znaki/
W skrócie: tego dnia, wędrując przez góry i pola kasztanowców, doznałem „olśnienia” – znalazłem się w stanie uniesienia i lekkości. Wieczorem, przy kolacji, mój towarzysz sprowadził mnie zabawnym komentarzem
„na ziemię”. A chwilę później w restauracji pojawił się Francuz, mniej więcej nasz równolatek, który szedł szlakiem na stracenie – nie w przenośni, lecz dosłownie. To miał być jego ostatni posiłek w życiu.
Po jego wyjściu na zewnątrz zapanował harmider, a ja wpadłem w wir szalonych myśli…
Przez wszystkie te lata nie potrafiłem zrozumieć ani nadać sens temu wydarzeniu. Dopiero niedawno, tak mi się wydaje, zrozumiałem, o czym była ta historia.
To była lekcja o tym, jak nasze myśli tworzą świat, w który wierzymy – i jak bardzo często, a może nawet prawie zawsze, wydają się nam prawdziwe, realistyczne, realne.
Nie kwestionujemy ich „realności”. Podążamy za nimi w życiu, pracy, relacjach. I ma to dla nas sens – nawet jeśli nie ma go dla innych wokół.
Nie widzimy, że to my jesteśmy autorami naszych interpretacji, narracji i historii.
W pracy z klientami widzę to często.
Dzielą się swoimi wątpliwościami – wątpią w siebie, w swoją wartość, w możliwości swoich biznesów, w lepszą przyszłość. I te wątpliwości są dla nich prawdziwe, realne w ich świecie – nawet wtedy, gdy fakty i ich historia mówią coś innego.
Mi też zdarza się zwątpić. Albo – przeciwnie – wpaść w nieuzasadniony entuzjazm (to przyjemniejszy stan).
W takich momentach historia ze szlaku przypomina mi, że nasze myśli często przesłaniają rzeczywistość. I że warto czasem zapytać: czy to, co teraz myślę, naprawdę jest prawdziwe?
Wątpicie czasami w swoje wątpliwości, przekonania, myśli?
Jeśli nie, spróbujcie. To prosty eksperyment – sprawdźcie sami, czy coś się wtedy zmienia. W życiu. W biznesie. W relacjach.
