W tym roku wybraliśmy się rodzinnie – w grupie kilkunastu osób – na Rysy, od strony słowackiej. Pogoda była wymarzona: bezchmurne niebo, przejrzyste widoki. Jak na środek wakacji i popularność miejsca – turystów było niewielu. Trafiliśmy idealnie.
Gdy rozpoczęliśmy zejście, rozproszeni na szerokości skalnego rumowiska, wydarzyło się coś, co zostanie ze mną na długo.
Po jednej stronie pękł ogromny głaz. Oderwana część zaczęła toczyć się w dół, coraz szybciej, przecinając ścieżkę i „zmiatając” wszystko, co napotkała.
Krzyki. Ucieczka ludzi na boki.
To trwało może dziesięć – bardzo długich – sekund.
Blok zatrzymał się wreszcie kilkadziesiąt metrów niżej.
I stał się cud – nikt nie zginął, nikt nie został ranny.
Kilka minut wcześniej, albo później – i na ścieżce mogło być więcej osób. W starciu z taką siłą nikt nie miałby szans.
Schodząc dalej, pytałem siebie: jakie znaczenie ma dla mnie to doświadczenie?
Przyszły mi trzy myśli:
- Być wdzięcznym za każdy dzień i każdy moment życia. Bo nie wiem, kiedy się skończy. Wszelkie złudzenia, że mam nad tym kontrolę – to tylko iluzja.
- Być wdzięcznym za towarzyszy życia. Kochać i troszczyć się o najbliższych, bo nie wiem, jak długo będziemy razem.
- Robić więcej tego, co naprawdę lubię. Brać mniej poważnie to, co i tak jest relatywnie nieistotne.
Do tych myśli wracam często.
P.S. Na zdjęciu z moim bratem Łukaszem, który jest spiritus movens naszych corocznych rodzinnych spotkań i wędrówek. Jestem wdzięczny za jego miłość, troskę i radość, którą wnosi do naszego życia.
